Poszukiwania
Od pół godziny szukałam telefonu. Sprawdziłam kanapę, stół, kuchnię, łazienkę. Zajrzałam nawet do kosza na pranie, bo na tym etapie wszystko było możliwe.
W końcu poprosiłam męża: – Zadzwoń na mój telefon. Zadzwonił. Słyszę dzwonek. Daleko. Bardzo daleko. Idę za dźwiękiem. Salon, kuchnia, przedpokój i znowu kuchnia. Dzwonek się przemieszczał. Telefon najwyraźniej też.
Zaczęłam podejrzewać zjawiska paranormalne.
Dzwonek ucichł. – Jeszcze raz! – krzyknęłam. Dzwoni więc szukam, biegam i nasłuchuję.
Wreszcie odkryłam źródło dźwięku. Telefon miałam w tylnej kieszeni spodni.
To jest właśnie absurd codzienny. Najbardziej zawstydzające nie było to, że go szukałam. Najbardziej zawstydzające było to, że przez chwilę naprawdę uwierzyłam, że telefon sam chodzi po domu.

