Smarowidło z mięsa z rosołu. Domowa kuchnia, która nie pozwala nic zmarnować.
Kuchnia zero waste nie jest wynalazkiem naszych czasów. Nasi rodzice i dziadkowie po prostu nazywali ją rozsądnym gotowaniem. Dobry gospodarz nie wyrzucał jedzenia tylko dlatego, że obiad już się skończył. Mięso z rosołu trafiało do pierogów, krokietów, farszu, pasztetu albo na kanapki. Ugotowana marchewka dostawała drugie życie w sałatce. Z ziemniaków z wczoraj można było zrobić kopytka albo farsz do pierogów.
Dzisiaj nazwaliśmy to zero waste i odkryliśmy, że właściwie robiliśmy to od pokoleń. Człowiek potrafi nadać angielską nazwę nawet temu, co jego babcia robiła od trzydziestu lat. 😉
Z mięsa z rosołu powstaje coś naprawdę dobrego. Po niedzielnym rosole często zostaje kawałek mięsa i marchewka. I właśnie z nich można przygotować domowe smarowidło do chleba. Nie jest to klasyczny pasztet. Nie trzeba piekarnika, wątróbki ani długiej listy składników. Potrzebujemy mięsa, cebuli, czosnku, marchewki i kilku przypraw. Resztę zrobi patelnia i blender.
Składniki:
Na około 400–500 g mięsa:
- 400–500 g mięsa z rosołu
- 1 duża cebula
- 1 marchewka ugotowana w rosole
- 2 ząbki czosnku
- 1 łyżka masła
- 1 łyżka oliwy
- 1 płaska łyżeczka majeranku
- ½ łyżeczki tymianku
- ½ łyżeczki słodkiej papryki
- szczypta wędzonej paprykio
- drobina gałki muszkatołowej
- świeżo mielony pieprz
- sól
- 1 łyżeczka musztardy
- 2–4 łyżki rosołu
- opcjonalnie grzybki leśne ( u mnie kilka główek prawdziwków), przesmażone na cebulce, maśle i oleju z przepisu
Przygotowanie:
Mięso dokładnie oddzielamy od kości i usuwamy chrząstki oraz inne twardsze części. Kroimy na mniejsze kawałki. Marchewkę kroimy. Cebulę siekamy bardzo drobno. Na patelni rozgrzewamy masło z oliwą. Dodajemy cebulę i smażymy powoli, aż zrobi się miękka i złocista. To właśnie tutaj warto się nie spieszyć. Dobrze podsmażona cebula daje paście słodycz i głębię. Dodajemy posiekany lub przeciśnięty czosnek i smażymy jeszcze około 30–40 sekund. Następnie wrzucamy mięso oraz marchewkę. Dodajemy majeranek, tymianek, słodką paprykę, odrobinę wędzonej papryki i gałki muszkatołowej.

Doprawiamy pieprzem i solą. Wlewamy kilka łyżek rosołu i podgrzewamy wszystko razem przez kilka minut. Na koniec dodajemy musztardę. Teraz najważniejsza część. Całość przekładamy do blendera i miksujemy. Nie musi powstać idealnie gładka masa. Wręcz przeciwnie. Drobne kawałeczki mięsa sprawiają, że smarowidło ma przyjemną, domową strukturę. Jeżeli pasta jest za sucha, dodajemy jeszcze trochę rosołu. Można również dodać łyżkę miękkiego masła i ponownie krótko zmiksować. Smarowidło będzie wtedy bardziej kremowe. Na sam koniec próbujemy. Jeśli smak wydaje się zbyt ciężki, kilka kropel soku z cytryny pięknie go ożywi.
W tym przepisie nie dodaję ziela angielskiego ani liścia laurowego. Mięso gotowało się przecież wcześniej w rosole, więc już ma swój aromat. Tutaj chcę wydobyć przede wszystkim smak mięsa, złocistej cebuli, czosnku i majeranku. Odrobina wędzonej papryki daje tylko delikatną głębię. Nie ma zagłuszać reszty.
Gotową pastę przekładamy do czystego, wyparzonego słoiczka. Przechowujemy ją w lodówce i najlepiej zjadamy w ciągu kilku dni. To świeże smarowidło z gotowanego mięsa, a nie przetwór do przechowywania przez miesiące w spiżarni. Większą ilość można podzielić na małe porcje i zamrozić.
A na kromkę? Najlepiej sprawdzi się zwykły, dobry chleb. Gruba warstwa miękkiego smarowidła, na to plasterki ogórka kiszonego, trochę szczypiorku albo cienko pokrojona cebulka. Można też podpiec kromkę, aż zrobi się chrupiąca. Ciepły chleb, zimne smarowidło i kwaśny ogórek kiszony robią tutaj naprawdę dobrą robotę.
Jeśli znudzi nam się smarowidło to świetnie może posłużyć: jako farsz do pasztecików np. drożdżowych.
Dzisiaj dużo mówi się o kuchni zero waste. Tymczasem wystarczy zajrzeć do starych zeszytów z przepisami, żeby zobaczyć, że nasze mamy i babcie znały tę filozofię bez żadnych modnych nazw. Nie wyrzucało się mięsa z rosołu. Robiło się z niego następny posiłek. Nie marnowało się ziemniaków. Powstawały placki, kopytka albo kluski. Nie wyrzucało się czerstwego chleba. Robiło się z niego grzanki, bułkę tartą albo zapiekanki. To była po prostu dobra, rozsądna kuchnia.
I chyba właśnie za tym lubię tę domową kuchnię najbardziej. Nie potrzebuje wielkich słów. Bierze to, co mamy pod ręką, trochę wyobraźni i zamienia zwyczajne składniki w coś, na co naprawdę chce się czekać przy stole.
A mięso z niedzielnego rosołu? Jutro może dostać drugie życie. I całkiem możliwe, że będzie smaczniejsze, niż ktokolwiek planował.
A jak jest u Ciebie?

