Sprawa snu, który przyszedł nie do tej osoby
Róża układała róże na targu, kiedy podeszła kobieta, której od kilku dni wszystko wydawało się cięższe niż zwykle. Nie wyglądała źle. Wyglądała jak ktoś, kto za długo nosi coś w sercu.
– Poproszę bukiet – powiedziała.
– Na jaką okazję?
– Na żadną.
– To najlepsza okazja – odpowiedziała Róża.
Kobieta uśmiechnęła się blado.
– Teściowa miała sen.
– O rety – westchnęła Róża. – Już się boję.
– Śniło jej się, że szukała wiązanki pogrzebowej. Potem dała ją mojemu mężowi.
Róża zamilkła.
– I teraz się martwię.
– O sen?
– O męża.
– Aha. To już brzmi rozsądniej.
Kobieta spojrzała na nią z wyrzutem.
– Nie śmiej się.
– Nie śmieję się ze snu. Śmieję się z tego, jak sny dostają winę za rzeczy, które siedzą w nas od dawna.
Róża poprawiła kilka róż.
– Mąż trzy lata temu miał udar. Ostatnio jest słabszy. Martwię się o niego od dawna. A on do lekarza nie pójdzie choćby miał umrzeć.
– Uparty?
– Jak osioł.
– To przynajmniej gatunek znamy.
Kobieta parsknęła śmiechem, choć nie miała na to ochoty.
– Ty się śmiejesz, a ja naprawdę się boję.
– Wiem. Tym razem Róża odpowiedziała poważnie.
– Wiesz, co słyszę?
– Co?
– Że nie boisz się snu.
– Nie?
– Nie. Ty się boisz bezsilności.
Na chwilę zrobiło się cicho. Targ żył własnym rytmem. Ktoś kupował truskawki. Ktoś pytał o cenę piwonii.
– Chcesz go ochronić – mówiła dalej Róża.
– Chcesz, żeby poszedł do lekarza. Chcesz mieć wpływ. Chcesz mieć pewność, że wszystko będzie dobrze.
– Tak.
– A nie masz.
Kobieta spuściła wzrok.
– I to jest najgorsze.
– Właśnie.
Róża podała jej herbacianą różę.
– Wiesz, co człowiek robi, kiedy nie ma kontroli?
– Martwi się.
– Dokładnie. Jakby odpowiednio duża ilość zmartwień miała zastąpić działanie.
– Nie zastąpi?
– Nie.
– Szkoda.
– Wielka szkoda. Sprzedawałabym wtedy róże antyzmartwieniowe i byłabym milionerką.
Kobieta roześmiała się pierwszy raz naprawdę.
– Łatwo ci mówić.
– Niełatwo. Ja tylko już wiem, że można kochać człowieka i jednocześnie nie mieć wpływu na wszystkie jego decyzje.
– To niesprawiedliwe.
– Życie bardzo rzadko pyta o nasze zdanie.
Przez chwilę obie patrzyły na kolorowe róże.
– To co mam zrobić?
Róża zamyśliła się.
– Powiedzieć mu, że go kochasz.
– To wszystko?
– Nie. Jeszcze powiedzieć, że się martwisz.
– I?
– I potem przestać nosić jego życie na swoich plecach.
Kobieta westchnęła.
– Trudne.
– Oczywiście, że trudne. Miłość nie jest trudna wtedy, kiedy wszystko idzie dobrze. Miłość jest trudna wtedy, kiedy nie można za kogoś przeżyć jego życia.
Kobieta wzięła bukiet.
– Wiesz, czego najbardziej nie lubię?
– Czego?
– Tego poczucia, że może powinnam zrobić więcej.
Róża uśmiechnęła się ciepło.
– A może już robisz więcej, niż myślisz?
Kobieta nie odpowiedziała. Zapłaciła i ruszyła przed siebie. Róża odprowadziła ją wzrokiem, poprawiła fartuch i mruknęła pod nosem:
– Najgorsze nie są sny. Najgorsze jest martwienie się za dwoje. Ale nawet największa troska nie zastąpi jednego spokojnego wieczoru spędzonego razem.
A Ty – czy nie próbujesz czasem dźwigać na swoich barkach życia osoby, którą kochasz?

