Samotność nie zawsze mieszka sama
Niedawno rozmawiałam z pewną kobietą.
Powiedziała mi: „Czasami jest mi smutno. Mam wrażenie, że ciągle się mijamy. Kiedy ja mam wolne, on pracuje. Kiedy on wraca, ja jestem zmęczona. I tak ciągle.”
Pomyślałam chwilę i odpowiedziałam: „Może problem nie polega na tym, że jest go za mało. Może problem polega na tym, że oczekujesz, aby wypełnił miejsce, którego nikt nie powinien wypełniać.”
Bo wiecie, przez lata doszłam do pewnego wniosku. Żaden człowiek nie może być całym naszym światem. Nawet ten najbardziej ukochany.
Mąż, partner czy ukochany nie powinien być słońcem, wokół którego kręci się całe nasze życie. Powinien być jego piękną częścią. Jak przyprawa w ulubionej potrawie. Nadaje smak.
Podkreśla to, co dobre. Sprawia przyjemność. Ale nie jest całym obiadem.
Bo obiad to nasze życie, nasze pasje, nasz ogród, nasze książki, nasza wiara, nasze przyjaciółki, nasze marzenia, nasza relacja z samą sobą.
Kiedy wszystko opieramy na jednej osobie, każda jej nieobecność zaczyna boleć. Spóźnienie, delegacja, nadgodziny, zmęczenie.
A przecież nikt nie został stworzony po to, żeby nieść na swoich barkach całe szczęście drugiego człowieka. To zbyt ciężki bagaż.

Myślę też, że często nie tęsknimy za drugą osobą tak bardzo, jak nam się wydaje. Czasem tęsknimy za czymś zupełnie innym.
Za wypełnieniem pustki.
To słowo brzmi trochę smutno, ale przecież każdy z nas jej czasem doświadcza.
Pojawia się wieczorem, w cichym domu, po zakończeniu pracy, gdy dzieci dorastają lub gdy życie zwalnia. Gdy nagle zostajemy sami ze swoimi myślami. I wtedy wielu ludzi zaczyna gorączkowo szukać sposobu, żeby tej pustki nie czuć. Włączają telewizor. Sięgają po telefon. Szukają towarzystwa. Zapełniają każdą wolną chwilę. A może nie każdą pustkę trzeba od razu zagłuszać?
Może czasem warto usiąść obok niej i zapytać: „Co próbujesz mi powiedzieć?”
Bo być może pustka nie jest wrogiem.
Być może jest zaproszeniem. Zaproszeniem do odnalezienia siebie.
Do odkrycia nowych pasji.
Do rozmowy z Bogiem.
Do spaceru po lesie.
Do posadzenia róży.
Do przeczytania książki, na którą od lat nie było czasu.
Może właśnie dlatego niektórzy ludzie przez całe życie uciekają od samotności. A inni uczą się zamieniać ją w przestrzeń. Przestrzeń, w której można spotkać samego siebie. I odkryć, że wcale nie jest tam tak pusto, jak się wcześniej wydawało.
Kilka dni temu zatrzymałam się przy małych żółtych kwiatach rosnących między kamieniami. Nikt ich nie sadził. Nikt się nimi nie zachwycał. Nie były dumą ogrodu. A jednak rosły. Uparte. Ciche. Piękne na swój sposób.

Pomyślałam wtedy, że wielu ludzi przypomina właśnie takie kwiaty. Otoczeni innymi, a jednak samotni. Mieszkający wśród ludzi, a jednocześnie niewidzialni. Uśmiechający się na zewnątrz i noszący w sercu pustkę, o której nikt nie wie. Bo samotność nie zawsze oznacza brak ludzi wokół. Czasem oznacza brak kontaktu z samym sobą. I może właśnie dlatego tak trudno ją zagłuszyć obecnością drugiego człowieka.
Żaden mąż, żona, partner czy przyjaciel nie wypełni miejsca, do którego sami boimy się zajrzeć. A przecież te małe żółte kwiaty nie czekają, aż ktoś je zauważy. Po prostu kwitną tam, gdzie wyrosły. I może jest w tym jakaś lekcja także dla nas.
Znałam też małżeństwa, które kochały się pięknie i szczerze. Patrząc na nich, można było odnieść wrażenie, że świata poza sobą nie widzą. I przez wiele lat było w tym coś wzruszającego. Ale życie pisze różne scenariusze. Czasem jedno odchodzi wcześniej. I wtedy drugie zostaje nie tylko bez ukochanej osoby. Zostaje również bez kawałka własnego świata.
Widziałam ludzi, którzy po śmierci współmałżonka nie potrafili już odnaleźć sensu, radości ani miejsca dla siebie. Jakby wraz z odejściem ukochanej osoby zgasło całe światło.
To nauczyło mnie czegoś bardzo ważnego. Miłość jest jednym z najpiękniejszych darów, jakie otrzymujemy w życiu. Ale nawet największa miłość nie powinna oznaczać rezygnacji z samego siebie.
Warto mieć własne pasje.
Własne zainteresowania.
Własne marzenia.
Własną relację z Bogiem.
Własne miejsca, które karmią duszę.
Nie dlatego, że spodziewamy się najgorszego. Ale dlatego, że życie jest kruche. A człowiek potrzebuje korzeni, które sięgają głębiej niż jedna relacja.
Im jestem starsza, tym bardziej lubię własne towarzystwo. Nie dlatego, że mniej kocham ludzi. Dlatego, że odkryłam, iż można siedzieć w ogrodzie, słuchać śpiewu ptaków, patrzeć na róże i czuć się szczęśliwą. Nie dlatego, że ktoś jest obok. Ale dlatego, że życie samo w sobie jest piękne. I paradoksalnie właśnie wtedy kocha się dojrzalej. Bo nie potrzebuje się drugiej osoby do wypełnienia pustki. Można ją po prostu kochać. Dzielić z nią życie. Cieszyć się jej obecnością. Tęsknić, kiedy wyjedzie. Ale jednocześnie nie gubić siebie.
Myślę, że prawdziwa miłość nie polega na tym, że druga osoba staje się całym naszym światem. Polega na tym, że spotykają się dwa pełne światy i postanawiają iść razem przez życie. Nie dlatego, że jedno ratuje drugie. Nie dlatego, że jedno bez drugiego nie potrafi oddychać. Ale dlatego, że razem jest po prostu piękniej.
Bo kiedy dwoje ludzi ma własne korzenie, własne zainteresowania, własną wewnętrzną siłę i własną relację z Bogiem, wtedy mogą się spotkać nie z potrzeby ratunku, ale z miłości.
I właśnie taka miłość wydaje mi się najpiękniejsza.
A Ty?
Czy potrafisz cieszyć się własnym towarzystwem, czy wciąż czekasz, aż ktoś inny wypełni pustkę, którą tylko Ty możesz zamienić w pełnię? .

