Zachwyt zapisany w naturze

Są wspomnienia, które nie mają wielkich wydarzeń. Nie ma w nich przełomów ani dramatów. Jest za to coś znacznie trwalszego – zachwyt, który zostaje na całe życie. Babcia zabierała mnie do parku. Czasem też do swojej koleżanki. Zwyczajnie, bez ceremonii. A u tej koleżanki ogród był cały w stokrotkach. Nie kilka, nie rabatka a cały ogród. Rozsypane jakby ktoś je wysypał z kieszeni i zapomniał pozbierać. Byłam mała, a pamiętam to do dziś. Ten moment, kiedy stanęłam i po prostu patrzyłam. Nie wiedziałam jeszcze, że to się nazywa zachwyt. Wiedziałam tylko, że jest to piękne bardzo. Babcia nie poganiała tylko pozwalała mi stać, klęknąć, dotknąć. To był ten rytm dawnych dni – nikt nie liczył minut.

Może to było coś bardzo starego, jeszcze słowiańskiego. To poczucie, że dzień ma swój porządek, a przyroda nie jest tłem, tylko towarzyszem. Że warto się zatrzymać przy trawie, przy kwiatach, przy ciszy. Nikt tego nie nazywał, ale wszyscy to czuli – że życie płynie razem z ziemią, a nie obok niej.

Długo byłam jedynaczką i ten świat mi wystarczał. Był pełen drobiazgów, które miały znaczenie. Spacerów, rozmów, zwyczajnych wizyt, w których nie chodziło o cel, tylko o bycie razem. Dni były ciche, rozciągnięte. Nikt mnie nie poganiał, nikt nie zaglądał co chwilę przez ramię. Cisza była normalna, nie pusta, nie smutna. Po prostu obecna. Czas miał szerokość. Można było się w nim rozgościć. Bawiłam się sama i nie czułam, że czegoś mi brakuje. Z myśli robiły się historie, z drobiazgów całe światy. Nuda nie była wrogiem. Była miejscem, z którego coś się rodziło. Uczyła cierpliwości i bycia ze sobą bez lęku.

Bywały wieczory, kiedy gasł prąd i nikt się nie denerwował. Zapalało się świecę. Jedną, czasem dwie. Płomień drżał lekko, jakby oddychał razem z domem. W takim świetle wszystko było wolniejsze. Myśli, rozmowy, nawet cisza. Podobno dawniej wierzono, że ogień chroni, że zbiera to, co dobre, i wypala to, co niepotrzebne. Przy świecy czuło się bardziej. Zapach wieczoru, obecność drugiego człowieka, rytm dnia, który nie gonił, tylko trwał. Jakby dawne, słowiańskie czucie wciąż było pod skórą. Ogień nie tylko dawał światło, ale jakby pilnował domu. Szeptano ciszej, słuchało się uważniej, myśli same układały się w rytm płomienia. Człowiek czuł, że jest częścią czegoś starszego niż on sam i że to wystarcza.

Może właśnie dlatego te chwile zostały w pamięci tak wyraźnie – bo nie były o świetle z gniazdka, tylko o tym, co naprawdę rozjaśniało dom.

A kiedy później pojawili się bracia, nie zabrali mi niczego z tamtego świata. Wręcz przeciwnie – jakby go dopełnili. Pamiętam mój zachwyt nad małą istotą. Do dziś są mi bliscy i wiem, że umiejętność cieszenia się czyjąś obecnością zaczęła się właśnie wtedy. Z nimi przyszło coś jeszcze – poczucie, że nie jestem sama na świecie. Że obok ciszy jest też ktoś, kto idzie tą samą drogą, nawet jeśli każdy w swoim tempie.

Dzisiaj nadal to mam. Zatrzymuję się przy kwiatach. Zauważam drobne rzeczy. Szukam rytmu, który nie krzyczy. I wiem, że to wszystko zaczęło się tam – w ogrodzie pełnym stokrotek, przy babci, która rozumiała, że dziecko czasem potrzebuje tylko patrzeć. Może właśnie dlatego wierzę, że szczęście nie musi być wielkie. Czasem wystarczy, że jest rozsypane po całym ogrodzie.

A Ty – pamiętasz coś tak prostego z dzieciństwa, co do dziś potrafi Cię zatrzymać w miejscu?

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *