Zima jeszcze trwa, a ptaki już śpiewają – radość o szóstej rano
Jest luty, jest zimno i ciemno. Zima jeszcze trzyma świat za rękaw. Wychodzę do pracy po szóstej, człowiek trochę zamyślony, trochę zaspany, trochę „oby do wiosny”, myśli bardziej o kawie niż o cudach.
I wtedy słyszę je. Ptaki. Nie jedno ćwierknięcie, cały koncert. Jakby ktoś włączył radio „Raj FM” i podkręcił głośność. Stanęłam wtedy jak wryta. Jakby ktoś uchylił zasłonę między zwyczajnością a czymś większym. Pomyślałam: jak to możliwe, że przy takiej szarości one śpiewają jak w raju? Poczułam jak coś dzieje się w sercu, dosłownie. Nie w głowie, nie w myślach tak zwyczajnie w sercu. Jakby ktoś otworzył w nim okno. Jakby zrobiło się jaśniej. Ciepło rozchodzi się po całym ciele. Uśmiech przychodzi sam. I nagle ten lutowy chłód przestaje mieć znaczenie. To nie jest zwykłe „ładnie śpiewają”. To jest radość, która wchodzi głęboko. Taka czysta, bez powodu, bez korzyści.
Pamiętam pierwszy raz, kiedy mnie to tak uderzyło. Wiele lat temu. Też zima, też wcześnie rano. I wtedy zrozumiałam coś ważnego – że życie budzi się szybciej niż my. Że nadzieja zaczyna śpiewać, zanim jeszcze zrobi się jasno. Od tamtej pory co roku na wiosnę czekam na ten moment. I co roku serce reaguje tak samo. Jakby mówiło: „Widzisz? Jeszcze trochę, już idzie nowe.”
Może to one uczą nas odwagi? Śpiewać, zanim przyjdzie wiosna. Bo – skoro ptaki potrafią śpiewać w ciemności, to może i my możemy się cieszyć, zanim wszystko będzie idealne?
A Tobie kiedy ostatnio serce zadrżało z takiej prostej, zwyczajnej radości?
