Balsam propolisowo-nagietkowy.

Zrobiłam balsam propolisowo-nagietkowy. I powiem Wam jedno. Nie spodziewałam się, że z kilku prostych składników może wyjść coś tak przyjemnego.
I przez chwilę dom pachniał jak stara słowiańska chata. Jak dawniej, gdy w kuchniach kobiety robiły własne maści oraz balsamy z tego, co dawała natura. Nagietek zbierany w słońcu, propolis od pszczół, złoty wosk i masło klarowane były czymś więcej niż pielęgnacją. Były domowym rytuałem troski. Cichym sposobem na ukojenie skóry, dłoni spracowanych codziennością i małych ran życia. Ten balsam przypomina mi właśnie taki słowiański spokój. Drewniany stół, gliniane naczynie, światło świecy i dłonie pachnące ziołami oraz miodem.
A u mnie mały słoiczek. Żadnej wielkiej filozofii. A pachnie tak, że od razu człowiekowi robi się bardziej spokojnie.
Najbardziej czuć propolis własnej roboty. Dałam go sporo, bo aż całą łyżeczkę i teraz balsam pachnie prawdziwie pszczelo. Trochę jak ul, trochę jak żywica, trochę jak stare zielarskie receptury. I szczerze? Bardzo mi się to podoba.
Nagietek zrobił piękny ciepły kolor i dodał tej delikatniejszej strony. To właśnie on jest od wieków używany na skórę suchą, podrażnioną i zmęczoną. Do tego oliwa, która wszystko połączyła i dobrze wyciągnęła nagietek. Wosk pszczeli sprawił, że balsam zrobił się konkretniejszy i ochronny, a nie wodnisty jak krem. No i masło klarowane ghee. Tutaj wiele osób robi wielkie oczy, szczerze ja też się nad tym na początku zastanawiałam ale to był strzał w dziesiątkę.
Masło naprawdę daje fajne natłuszczenie i taką miękkość na skórze. Nie wyszedł mi kosmetyk z drogerii. I całe szczęście. Bo ten balsam pachnie składnikami. Prawdziwie. Nie „waniliowym snem” z reklamy tylko ziołami, propolisem i czymś domowym.
Na co chcę go używać?
Przede wszystkim na: suche dłonie, skórki przy paznokciach, usta, przesuszone łokcie, miejsca podrażnione od zimna i wiatru, bardzo suchą skórę np. nos przy katarze. Mam wrażenie, że najlepiej sprawdzi się właśnie tam, gdzie skóra potrzebuje nie tylko kremu, ale czegoś bardziej ochronnego.

Przepis na balsam propolisowo-nagietkowy. Nie robiłam tego aptekarsko co do grama. Bardziej po domowemu, na wyczucie. I właśnie takie receptury lubię najbardziej.
Składniki:
- 1 łyżka suszonego nagietka
- 3–4 łyżki oliwy
- 1 łyżka masła klarowanego ghee
- około 1 łyżeczka propolisu na spirytusie ( można zwykły bez alkoholu)
- około 1 łyżeczka startego wosku pszczelego
- kilka kropli witaminy E (około 5-8)
Nagietek wrzuciłam do małego garnuszka i zalałam oliwą. Dodałam też masło klarowane ghee i podgrzewałam wszystko bardzo delikatnie około 45 minut. Bez gotowania. Tylko takie spokojne ciepło, żeby nagietek oddał to, co najlepsze.
Potem przecedziłam całość. Do jeszcze ciepłego oleju dodałam wosk pszczeli, który rozpuściłam. Potem propolis. Mieszałam chwilę aż wszystko się połączyło. Na końcu kilka kropli witaminy E. Przelałam do małych słoiczków i zostawiłam do zastygnięcia. I gotowe.
Balsam wyszedł dość konkretny, bardziej ochronny niż lekki krem. Pachnie mocno propolisem trochę jak ul. Uwielbiam ten zapach. Trzymam go w chłodzie.
Proszę sprawdź najpierw przed użyciem czy nie masz uczulenia na produkty pszczele !
Jeśli Ty też masz jakiś fajny przepis chętnie spróbuję.

