Ziele angielskie i liść laurowy duet u mnie obowiązkowy


Ziele angielskie i liść laurowy. Czy one naprawdę coś robią… czy tylko udają?
U mnie to idzie z automatu zawsze. Garnek na kuchence, woda się grzeje, a ręka sama sięga po ziele angielskie i liść laurowy. Bez zastanowienia. Jakby zupa bez nich była nie do końca ubrana. Niby wszystko jest, ale czegoś brakuje.
I dopiero niedawno złapałam się na myśli:
czy ja to robię z przyzwyczajenia, czy one faktycznie coś dają?
Po co one w ogóle są w tej zupie.
Jak się okazuje ziele angielskie i liść laurowy to nie są przyprawy „na ładny zapach”. One od zawsze były wrzucane do garnka po coś.
Ziele angielskie jest rozgrzewające i wspiera trawienie a liść laurowy pomaga ogarnąć cięższe jedzenie.
Dlatego tak dobrze sprawdzają się w rosołach, kapuśniakach, grochówkach i wszystkich zupach, po których brzuch mógłby ufff- pęcznieć.
Po ludzku: z nimi zupa nie siedzi, nie ciąży i nie robi rewolucji.
A co na to nauka, a nie tylko babcia. I tu ciekawostka, bo to nie są bajki. Ziele angielskie zawiera m.in. eugenol, związek o działaniu: przeciwzapalnym, przeciwbakteryjnym, wspomagającym pracę układu pokarmowego. Liść laurowy z kolei ma olejki eteryczne, które: ułatwiają trawienie tłuszczów, działają lekko rozkurczowo a co za tym idzie mogą ograniczać wzdęcia.
Czyli to, co kuchnia wiedziała „od zawsze”, nauka po prostu później opisała mądrzejszymi słowami.
No dobrze, a czy one są dla wszystkich?
I tu moment na rozsądek, bo magia magią, ale: nie przesadzamy z ilością
2–4 kulki ziela i 1- 2 listki laurowe na garnek w zupełności wystarczą.
Wyjmujemy je przed podaniem bo to nie ma chrupać, tylko działać a
osoby z bardzo wrażliwym żołądkiem powinny obserwować reakcję.
I ważna sprawa, o której mało kto mówi: w dużych ilościach liść laurowy i ziele angielskie mogą podrażniać.
To przyprawy, nie herbatki z rumianku.
Czyli jak ze wszystkim: umiarkowanie to klucz, a nie „im więcej, tym zdrowiej”.
Dlaczego ja je dodaję zawsze.
Bo: zupa jest smaczniejsza, brzuch jest spokojniejszy, dom pachnie jak kuchnia, a nie jak fast food.
I serio, mam wrażenie, że te dwie przyprawy robią więcej dobrego niż niejedna modna „detoksowa” historia.
I teraz pytanie, z uśmiechem: skoro coś jest tanie, dostępne, używane od setek lat i faktycznie pomaga zupie „wchodzić lepiej”, to czy naprawdę potrzebujemy do wszystkiego nowego superproszku, czy może czasem wystarczy liść i kilka kulek?

Czy Ty też jesteś ich fanką?

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *